Powłóczył nogami, podpierając się z prawej strony laską. Rzucał się w oczy już z daleka. Nie tylko dlatego, że szedł wolniej niż ktokolwiek inny, tak jakby odstawał od otaczającego go społeczeństwa, lecz także przez przysadzistą budowę ciała i białe włosy.
Odkąd zachorował, dużo leżał, więc przybrał na wadze. Nie poruszał się jak posuwisty czołg, który budzi szacunek i strach. Wręcz przeciwnie, człowiek ten wydawał się kruchy jak za duży porcelanowy przedmiot, z którym trzeba obchodzić się niezwykle delikatnie. Po śmierci żony stracił dawną energię i wewnętrzną siłę, a do serca wdarła się samotność – rozmościła się tam i ani myślała sobie pójść.
W pobliżu jego bloku była przychodnia, którą odwiedzał kilka razy w tygodniu. Kiedy wracał do pustego mieszkania, idąc tym swoim żółwim tempem, wiedział, że osamotnienie zniknie choć na chwilę. Po mozolnym przejściu przez pasy zawsze zatrzymywał jakąś kobietę – młodą albo już dojrzałą – rzadko zaś mężczyznę. Na teren bloku wchodziło się przez furtkę, jednak żeby do niej dotrzeć, należało wejść po kilku schodkach. Poradziłby sobie z nimi w pojedynkę, ale poproszenie o pomoc, której nie potrzebował, wiązało się z niezobowiązującą rozmową. Zanim on i jego towarzysz lub towarzyszka dotarli do furtki, mijało parę minut. Był to czas na pogawędkę – dla obcego człowieka nic nie znaczącą, czasem nawet nużącą, dla starego mężczyzny będącą z kolei najprzyjemniejszym momentem dnia.
Gdy rozstawał się z nowo poznanym człowiekiem, jego wnętrze ponownie wypełniała pustka. Wchodził do bloku, a następnie otwierał windę i wjeżdżał na piąte piętro. W czasie jazdy przyglądał się odbiciu w lustrze. Wyglądał jak gruby gołąb, który dostaje z litości okruszki – tymi okruszkami było towarzystwo innych ludzi, które wyzyskiwał podstępem. Brzydził się tego, co robi.
Nienawidził momentu, kiedy przekraczał próg mieszkania. Zewsząd wyziewała dojmująca cisza, wszystko było takie, jak przed wyjściem – przy drzwiach nie pojawiła się żadna para butów, na wieszaku nie wisiał żaden płaszcz. W tym miejscu mieszkał tylko nikomu niepotrzebny, przeterminowany mężczyzna, który wszystkim zawadza.
Pierwszą rzeczą, jaką robił po wejściu do środka, było wyjęcie piwa z lodówki. Nalał porcję do szklanki i łapczywie wypił jednym haustem. Wiedział, że jeśli wypije parę piw, to dzień będzie znośny. Problemy ulotnią się w alkoholowym upojeniu, może nawet raz czy dwa zaśmieje się, oglądając w telewizji jakiś głupi serial. Później zadowolony położy się spać i od razu zaśnie. Leżąc w łóżku, nie będzie już wyobrażał sobie, że żona przytula się do jego pleców, nie będzie udawał, że jest przy nim, a jej ciepło kołysze go do snu.
Rano obudził się z lekkim bólem głowy i ponownie stał się zakładnikiem samotności. Podszedł do stacjonarnego telefonu i wybrał na chybił trafił numer ze starej książki telefonicznej. Jeśli usłyszy kobiecy głos, który podpowie mu, że przy słuchawce stoi starsza pani, poda się za dawnego znajomego. Część kobiet, wiedząc, że szwankuje im pamięć, uwierzy jego słowom. Będą słuchać, co ma do powiedzenia, a następnie opowiadać o sobie. Czasem upłynie nawet godzina, zanim skończą rozmowę. Mężczyzna będzie robił notatki na temat rozmówczyń w nadziei, że być może kiedyś którąś spotka.
Pewnego dnia udało mu się umówić z jedną z nich. Emerytką, której mąż zmarł piętnaście lat temu. Nieznajoma w wolnym czasie zajmowała się ogrodem i czytaniem książek. Podobał mu się jej delikatny głos. Oczami wyobraźni widział wciąż ponętną, zakonserwowaną kobietę, która nie stara się zdominować mężczyzny, a wręcz przeciwnie, jest mu usłużna i na wszelkie troski działa niczym balsam. Nie zdziwił się więc, że zaprosiła go do swojego mieszkania. Chciała go na pewno dobrze ugościć, przygotowując pyszną kolację. Może liczyła, że ich spotkanie przerodzi się w coś więcej.
Ubrał białą koszulę, szary blezer i szare spodnie, a na głowę przyodział kaszkiet. Włożył buty i poczłapał do windy. Na dworze czekała już taksówka, która zabrała go pod wskazany adres.
Wybrał numer na domofonie i czekał. Po chwili usłyszał znajomy głos, a piknięcie oznajmiło mu, że może wejść do środka. Zauważył ku swemu zaskoczeniu, że w bloku nie ma windy. Przed nim wyzierały schody. Kobieta nie wiedziała, że chodzi o lasce. Nie chciał cofać się do domofonu, by prosić ją o pomoc. Uważał, że zrobiłoby to złe wrażenie. Człapał więc na trzecie piętro, z każdą sekundą jego koszula coraz bardziej przesiąkała potem, który zdobił także czoło. Przystanął na chwilę, żeby złapać oddech; usłyszał otwieranie drzwi na górze i kroki kogoś, kto schodzi po schodach.
Emerytka stanęła ponad nim i z zatroskaną miną ruszyła mu z pomocą, mówiąc, że gdyby wiedziała, że chodzi o lasce, to by od razu do niego zeszła. Nie była taka, jak sobie wyobrażał. Owszem, miała delikatny głos, ale odrzucała go twarz o lisim wyrazie, a ciemne oczy wydawały się nieufne. Powiedział sobie, że przesadza i wybrzydza, że kobieta jest na pewno miła i uprzejma, przecież pomaga mu we wchodzeniu po schodach.
Stanął przed rozpostartymi drzwiami i poczuł, że to ostatni moment na ucieczkę. Zignorował dziwny impuls i przekroczył próg. Mieszkanie było wypełnione meblami ze sandałowego drewna, na których nie brakowało ładnej porcelany, a zwłaszcza ręcznie malowanych lalek. Poprowadziła go do salonu. Usiedli naprzeciwko siebie przy kawowym stoliku. Zapytała, czego się napije. Odpowiedział, że wypije herbatę.
Zaparzyła im obojgu herbaty i przyniosła ciastka. Rozmawiali na temat jego choroby, ponieważ grzecznie go o to spytała, później zaś wspominali stare czasy. Napocił się, próbując podtrzymać rozmowę. Przypominał sobie wszystko, co dotychczas mu opowiedziała, i lawirował między tematami, nie mówiąc zbyt wiele. W pewnym momencie powiedziała coś, co wprawiło go w konsternację:
– Do dziś prześladuje mnie to, co stało się z Basią.
– To było straszne – odpowiedział po chwili wahania.
– Była jeszcze taka młoda i pełna energii. Dlaczego akurat ją to spotkało? Nie pojmuję, była taka dobra.
– Ja też tego nie rozumiem.
– Czasem wydaje mi się, że wciąż słyszę tamten rozdzierający krzyk. Przejechał ją na pasach jak jakieś zwierzę i nawet się nie zatrzymał.
– Kara dla tego łotra była za mała – odrzekł zdecydowanie.
– Przecież nawet go nie złapali, a sprawa już dawno się przedawniła. Nie było żadnej kary.
– Tak, tak – powiedział szybko – źle się wyraziłem.
– Wiesz co, kochaniutki, jesteś jednym wielkim tłustym oszustem.
Z osłupienia wyrwał go dzwonek. Kobieta podeszła do drzwi i otworzyła policjantom, których wezwała już wcześniej. Starał się wytłumaczyć, co zaszło, ale tamci nie słuchali. Zawieźli mężczyznę na komisariat, gdzie zażenowany i zawstydzony szczerze opowiedział funkcjonariuszom, dlaczego zrobił to, co zrobił. Sprawdzili, że jego żona rzeczywiście od paru lat nie żyje, a mężczyzna mieszka sam. Wyglądał zresztą zupełnie niegroźnie, zwłaszcza że poruszał się o lasce. Wypuścili go, a tęgawy funkcjonariusz rzucił ze śmiechem na odchodne, żeby więcej nie prześladował nieznajomych emerytek.
Jeszcze nigdy nie czuł się tak upokorzony. Oblepiło go poczucie wstydu i beznadziei, nie pomogło nawet piwo. Zrozumiał, że samotność jest jedyną rzeczą, która go czeka, ale nie chciał się z nią zaprzyjaźnić. Przed położeniem się do łóżka zażył całe opakowanie tabletek nasennych.
Miał nadzieję, że spotka żonę.
Piotr Burakowski
Warszawa, marzec 2019
Grafika: Pixabay
Zapisz się do newslettera i otrzymuj powiadomienia o nowych opowiadaniach. Otrzymasz e-maila zawsze, gdy na stronie pojawi się nowa historia.

Dodaj komentarz