Korporodzina

Wszystkie postacie i zdarzenia w opowiadaniu są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wszyscy robimy dziwne rzeczy. Ja chodzę od czasu do czasu na rozmowy kwalifikacyjne, choć nie zależy mi na pracy; bawię się samym procesem. Czekam, aż dojdę do etapu, w którym będę przepytywany przez obcego człowieka – sprawdzany, czy aby na pewno nadaję się do organizacji, której jedynym celem jest zarobienie jak największych pieniędzy.

Pewnie sądzicie, że kluczem do zdobycia pracy jest zrobienie dobrego pierwszego wrażenia, a także udzielenie sensownych odpowiedzi na pytania rekrutacyjne. Tymczasem skoro was zaprosili, to najprawdopodobniej już chcieliby, żebyście u nich pracowali.

Problem w tym, że są też inni kandydaci, którzy dobrze rokują. Jak więc trafić do serca potencjalnego pracodawcy? Najważniejsze jest upodobnienie się do niego. To w pewnym sensie pierwszy etap korporacyjnej inicjacji, w której kluczowe dla przetrwania jest zerwanie ze sobą.

I. Zerwanie ze sobą.

Czekałem na swoją kolej, tymczasem grubas w okularach obok mnie nadawał przez telefon.

– Pamiętasz tamtą dupę, no tamtą, kurwa, w czerwonej sukience. Fajne ciało, ale twarz taka, że brałbym tylko przy zgaszonym świetle, chi, chi! Tak, tak, właśnie tamta. Nie wkurwiaj mnie, nie ma czegoś takiego jak… Dobra, kurwa, kończę, bo mam rozmowę o pracę. Tak, pracę.

Rozłączył się. Po kilku minutach zaproszono go na rozmowę. Upłynęło około piętnastu, dwudziestu minut i grubas z zadowoloną miną wygramolił się z pokoju. Nie zburzyło to mojej pewności siebie. Miałem przewagę w postaci wielu odbytych rozmów, a także luzu, bo nie zależało mi przecież na pracy, a innym – owszem.

Wszedłem jako ostatni kandydat. To niewdzięczne miejsce w szeregu. Rekrutujący są już zmęczeni i najchętniej odesłaliby cię do domu.

Wewnątrz czekał człowiek podobny do tamtego grubasa. Był upasiony. Podał mi rękę, przeszedł ze mną na ty i wskazał wolne krzesło. Wyglądałby nawet całkiem elegancko w czarnej marynarce i białej koszuli, gdyby nie to, że odpiął guziki tej ostatniej, obnażając tors, przez co przypominał bywalca wiejskich dyskotek.

Pochylił głowę nad moim CV, udając, że się w nie wczytuje. To znak, że znalazł już swojego człowieka. Potrzebne było zdecydowane działanie.

Spojrzał na mnie tymi swoimi prosiaczkowymi oczkami i zapytał:

– Jak to się stało, że w ostatniej firmie przepracowałeś tylko niespełna rok?

– Byli tam bardzo leniwi ludzie – odpowiedziałem z pełną powagą – robiłem trzy-cztery razy więcej, co pozostali, i w końcu stwierdziłem, że to nie towarzystwo dla mnie.

– Czyli nie byli to poważni gracze?

– Nie wiem, ale mam wrażenie, że byłem dla nich jak Ronaldo. Nie moja liga.

Menadżerowie uwielbiają porównania do piłki nożnej. Jestem pewien, że roi im się, że są trenerami liczącego się klubu piłkarskiego.

– No dobrze, Ronaldo to tytan pracy, ale w naszej firmie wszyscy są tytanami pracy. Wielu od zera doszło do stanowisk menadżerskich, bo zapierdalali. Zapierdol im się opłacił. Jak zaczynałem, zarabiałem nieco ponad dwa tysiące na rękę.

– Właśnie z takim podejściem się utożsamiam – odrzekłem entuzjastycznie. – Od kilku lat szukałem takiej firmy!

– Cieszę się. Powiedz, co poza tytaniczną pracą chciałbyś wnieść do naszego zespołu?

– Chciałbym sprawić, żeby firma stała się jeszcze mocniejszym graczem na rynku.

– A jak chciałbyś tego dokonać?

– Opracowałem autorski system usprawniania pracy całego zespołu. Dzięki niemu wydajność wzrasta o około dwadzieścia procent.

Widziałem w jego prosiaczkowych oczkach sceptycyzm, ale dostrzegłem także, że kalkuluje, jak wspomniane dwadzieścia procent mogłoby przełożyć się na pieniądze firmy.

– A co to za system?

– Jeśli tylko podpiszemy umowę, pokażę ci.

– Na jakiej podstawie mogę ci zaufać?

– Na żadnej – odpowiedziałem pewnie – ale możesz mieć wiele do stracenia.

I wiecie, co się stało? Rzeczywiście dostałem tę robotę; grubas o prosiaczkowatych oczkach był tak zaślepiony możliwością zwiększenia produktywności zespołu, że zapomniał, że i tak już teraz wyciska z ludzi ostatnie poty i nie ma najmniejszych szans na realizację mojej obietnicy.

II. Gównomat.

Uwielbiam tę chwilę zwycięstwa, kiedy podczas rozmowy robię w chuja korposzczura, a później robię go w chuja po raz drugi, nie przychodząc do pracy i tym samym nie podpisując umowy.

Tamten biega, myśli, kurwa, co się stało, to była przecież praca marzeń, gdzie jest ten człowiek, to musiał być wypadek, to musiał być pierdolony wypadek. A może, a może dostał lepszą propozycję od konkurencji, a może… Co się, kurwaaa, stało?! Później, kiedy już uzmysłowi sobie, że po prostu miałem go w dupie, zacznie pomstować na ludzi, mówić, że nie można już nikomu ufać.

Ten sam człowiek miesiąc później, tuż przed Bożym Narodzeniem, zwolni jednego czy dwóch pracowników, bo – jak na trybiki w wielkiej machinie – okażą się zbyt samodzielni, by móc dalej tworzyć jedną wielką korporodzinę.

Podpisz, nieposłuszny korposzczurku, podpisz, tak, tak, za porozumieniem stron, wyłącznie za porozumieniem stron. Tak, tak, choć przepracowałeś u nas dwa lata, w końcu stwierdziłem, że nie pasujesz do mojej wizji zespołu. Tak, tak, bardzo cenimy sobie twoje umiejętności. Tak, tak, życzę ci powodzenia. Tak, tak, kutafonie, jako jedyny nie lajkowałeś moich zdjęć z egzotycznych wycieczek. Tak, tak, nigdy nie ubrałeś się do firmy tak jak trzeba.

Teraz musisz stawać na głowie, żeby spłacić kredyt na mieszkanie, a ja wyrwę w tę sobotę jakąś sukę i zabiorę ją do swojego mieszkania, mieszkania, które już prawie, prawie spłaciłem.

Pamiętasz, jak zacząłeś spierać się ze mną o tamten pomysł? Już wtedy wiedziałem, że cię wyjebię, no ale musiałem odczekać. Odczekać, żeby stworzyć pozory, poza tym nie miałem nikogo na twoje miejsce. A teraz, tak, uścisk dłoni, dzięki wielkie, trzymaj się i wypierdalaj.

Rozumiecie więc już, skąd u mnie tak duża satysfakcja płynąca z okiwania korposzczura. Jest ona tym większa, że prawie zawsze menadżerowie zajmują się produkcją gówna – nie ważne, czy w postaci fizycznej, czy cyfrowej.

Takich menadżerów określam mianem gównomatu, gdyż wypluwają gówno i to samo narzucają pozostałym pracownikom. Im większe i bardziej śmierdzące gówno, tym gównomat zyskuje więcej pieniędzy dzięki gównojadom – klientom, odbiorcom, użytkownikom.

III. Chodzący wykres.

Mój ojciec, który był największym korposzczurem i gównomatem, jakiego poznałem, chciał, żebym poszedł jego śladami. Postanowił jednak, że zanim dostąpię zaszczytu dołączenia do rodzinnej firmy, powinienem nabrać doświadczenia gdzie indziej. Znalazłem więc pracę w dużej zagranicznej korporacji, choć wcale nie miałem na to ochoty.

To, że ojciec był chodzącym absurdem, postacią rodem z komiksu, której wydaje się, że jest Bóg wie kim, wiedziałem doskonale. Nie spodziewałem się jednak, jak absurdalna jest cała organizacja korporacji, w której pracownicy przypominają naoliwione robociki, a wszystko jest z góry ustalone i przewidziane, i nawet decyzje, które wydają się spontaniczne, są wykalkulowane.

Przechodząc z jednej korporacji do drugiej, zobaczyłem, jak firmy pożerają ludzi. Chodzenie na rekrutacje, które wcale mnie nie interesowały, było dla mnie formą zadośćuczynienia – za siebie i innych – oraz oczyszczenia.

Korporacje widzą człowieka jako żywy, chodzący wykres. Jeśli wykres jest wzrostowy, to wszystko w porządku, jeśli jednak na wykresie pojawia się stagnacja, a – nie daj Boże – spadek, to patrzenie staje się coraz bardziej uciążliwe. Wykres nie wywołuje już uśmiechu, tylko poczucie niesmaku i irytacji, które szybko, oj, bardzo szybko zamienia się w zdenerwowanie, aż wreszcie dochodzi do eksplozji, która sprawia, że wykres zostaje zmieciony z powierzchni ziemi i zastąpiony innym.

Opowiem o Arturze. Artur był najbardziej pracowitą osobą w naszej firmie, często zostawał po godzinach i chętnie przekazywał zdobytą wiedzę innym. Wiedział, jak funkcjonuje korporacja; nigdy nie powiedział niczego kontrowersyjnego, jego działania były sprzężone z polityką firmy, nie wchodził w konflikty z przełożonymi, co najwyżej pozwalał sobie od czasu do czasu na stonowaną krytykę nieopierzonego młodziaka.

Nikt nigdy nie rozgryzł, co tak naprawdę siedzi w jego głowie. Tymczasem moim zdaniem był to człowiek wyjątkowo inteligentny, który uparł się, że odniesie sukces w korporacji, dopasowując się za wszelką cenę do układanki zwanej życiem, choć przeczyła temu jego natura.

Prawdziwa natura Artura ujawniła się dopiero po około dziesięciu latach przepracowanych w jednej korporacji. Patrząc na firmowe zdjęcia z pierwszego roku jego pracy, widzimy uśmiechniętego i przystojnego młodego człowieka. Widząc zaś zdjęcia z ostatniego roku, widzimy zmęczonego i już o wiele mniej atrakcyjnego mężczyznę, który uśmiecha się sztucznie do obiektywu, a osoba nieznająca jego wieku spokojnie dorzuciłaby mu co najmniej siedem-osiem lat.

Wiedziałem, że z Arturem dzieje się źle, choć inni, zajęci sobą i bieżącymi obowiązkami, przegapili pierwszy zwiastun nadchodzących zmian.

Któregoś razu do Artura podszedł wysoko postawiony menadżer, pytając go, czy pomoże mu przy pewnym projekcie. Artur odrzekł, że nie będzie pomagał donosicielom. Tamten wybałuszył oczy, zamilkł na chwilę, po czym powiedział:

– Donosicielom? O czym ty gadasz?

– Przez ciebie zwolnili tamtego dzieciaka, bo – jak grzeczny piesek – pobiegłeś na skargę do Łukasza, mówiąc mu, że chłopak sknocił projekt. A sam spierdoliłeś już co najmniej dziesięć projektów, które musiałem za ciebie poprawiać.

To był powiew świeżości w zatęchłym biurowcu.

Innym razem Artur, który nigdy się nie spóźniał, przyszedł do firmy dwadzieścia minut po czasie. Łukasz, jego przełożony, zapytał go od niechcenia, dlaczego się spóźnił, a Artur odpowiedział:

– Biorąc pod uwagę nadgodziny, za które nie otrzymałem wynagrodzenia, mogę się tak spóźniać jeszcze przez sto lat.

Podobnych sytuacji było coraz więcej i powoli wszyscy zaczęli zdawać sobie sprawę, że w Arturze zaszła zmiana. Uważam, że czasem przychodził nawet do pracy na rauszu, ale pracownicy korporacji nie należą do najbardziej spostrzegawczych, toteż chyba nikt poza mną tego nie zauważył.

Zastanawiałem się, kiedy nadejdzie moment, gdy Artur zostanie zwolniony. Wyniki, o które przez lata tak zacięcie walczył, z miesiąca na miesiąc spadały. Miało się wrażenie, że Artur znajduje się w stanie apatii, a może otrzeźwienia, dającego zrozumienie, że wszystko, co dotychczas zrobił, było warte tyle co liczenie gwiazd przez Człowieka Interesu z „Małego Księcia”.

To, w połączeniu ze świadomością upływającego czasu i zmarnowanego talentu (kiedy już nie udajesz, że tak trzeba, że tak robią wszyscy, że dorobiłeś się tego i tamtego), było dla niego jak uderzenie obuchem. Zbyt mocnym.

Skąd o tym wiem? Artur, na minutę przed samobójstwem, wysłał do nas pożegnalnego mejla, w którym wszystko opisał. Chyba nawet nie wiedział, że następnego dnia chcieli wręczyć mu wypowiedzenie.

IV. Umowa o dzieło i bezpłatny parking.

Po tragedii z Arturem postanowiłem, że odreaguję biorąc udział w rekrutacji na stanowisko dziennikarza internetowego. Ogłoszenie wydało mi się wyjątkowo komiczne.

Wymagania były praktycznie żadne. Nie było podanych widełek płacowych, z kolei w punkcie „Oferujemy” wspomniano o umowie o dzieło lub B2B, nowoczesnym biurze z dostępem do prysznica i bezpłatnym parkingu. Chodziło o pracę w pełnym wymiarze godzin, wyłącznie z biura. Za to walczyli nasi przodkowie. Za umowę o dzieło i bezpłatny parking.

Podkoloryzowałem nieznacznie CV, tak żeby sugerowało, że robiłem cokolwiek związanego z dziennikarstwem. Po niespełna tygodniu zaproszono mnie na rozmowę.

Przywitał mnie młody, energiczny redaktor naczelny z kozią bródką i w okrągłych okularach. Był ubrany półformalnie, co miało sugerować, że nie jest sztywniakiem, ale jednocześnie ma klasę. Sprawdziłem przed rozmową, że sam miał niewielkie pojęcie o pisaniu, ale widocznie wiedział, jak utrzymać internetowe szambo na powierzchni.

Uznałem, że tym razem poprowadzę inaczej rozmowę, nie licząc na zatrudnienie. Kierowała mną tylko chęć wykpienia szanownego redaktora.

– Hm… – zaczął – widzę, że nie masz dużego doświadczenia w dziennikarstwie, ale nie to jest dla mnie najważniejsze. Dlaczego chcesz u nas pracować?

– Zawsze uważałem, że dziennikarstwo to zawód z misją.

– Dziennikarstwo – odpowiedział – to przede wszystkim ciężka praca.

– Ile artykułów miałbym pisać?

– Niech policzę… Dwa dziennie, dziesięć tygodniowo. Około czterdziestu, chyba że wpadnie ci pisanie newsów, to mniej.

– To chyba zbyt dużo, żeby gdzieś pojechać, zrobić jakiś reportaż, z kimś porozmawiać?

– Dzwonimy do ludzi, a czasem robimy też reportaże, ale nie cały czas.

Dziwnym trafem większość reportaży z zagranicy robił szanowny redaktor.

– Zresztą – dodał – często, żeby zrobić reportaż, wystarczy kilka zdjęć. Nasz fotograf jedzie i robi zdjęcia, a ty piszesz.

– Piszę reportaż z miejsca, w którym nie byłem? Na podstawie zdjęć?

– Właśnie tak.

– I mam przychodzić do biura pięć dni w tygodniu?

– Czasem więcej niż pięć. To zależy, bywa, że i siedem, dziewięć z rzędu, ale później te dni ci się oczywiście zwracają.

– A dlaczego nie dajecie umowy o pracę?

– Nie dajemy, ponieważ rynek dziennikarski jest bardzo trudny i po prostu nie mamy tyle pieniędzy.

– Jak chcecie mieć pieniądze, skoro robicie to samo, co konkurencja?

– To nie tak. Dziś nie wybijesz się tematem. Trzeba kombinować na inne sposoby, włączać się w różne akcje i tym podobne.

– Zawsze wydawało mi się, że zadaniem redakcji jest rzetelne informowanie czytelnika i pisanie na ciekawe, ważne tematy, a nie zabawa w, ekhm, „akcje”.

– Czyli uważasz, że niepotrzebnie poparliśmy Strajk Kobiet?

– Właśnie tak. Nie mam nic przeciwko artykułom o strajku, ale jego oficjalne popieranie to tania gra pod publiczkę.

– Mam wrażenie, że wcale nie chcesz u nas pracować.

– Po tym, co powiedziałeś, chyba mi się nie dziwisz?

Pożegnaliśmy się. Kiedy wychodziłem, dobiegał mnie tylko odgłos uderzania w klawiatury.

V. Rozkokoszenie się.

Jestem pewien, że ci ludzie, tak zawzięcie wklepujący kolejne teksty, tylko na poły zdają sobie sprawę z tego, co robią.

Pracując w korporacji, człowiek ma wrażenie, że wszystko jest nierzeczywiste, a narzucone tempo powoduje, że zapomina, że jego praca jest pozbawiona sensu. Dochodzi także element racjonalizacji – tłumaczenie sobie, że to, co robię, jest pożyteczne. A jak masz kredyt i rodzinę na utrzymaniu, no to mogiła – rozkokosisz się przy swoim biureczku, o ile prędzej cię nie wyrzucą, i zmarnujesz dziesiątki życiowych szans.

Rozkokoszeniu się sprzyjają w teorii imprezy, pokazujące, że firma ma powody do dumy, a bycie jej częścią, choćby najmniejszą, to przywilej.

Najokropniejsze są pojawiające się na imprezach mowy motywacyjne. Człowiek zastanawia się wówczas, czy rzeczywiście mają go aż za takiego kretyna. Stężenie kiczu, gdy przemawia prezes lub inny ważniak z zarządu, sprawia, że pytasz siebie, w jakim ci ludzie żyją, kurwa, świecie.

Zapamiętałem zwłaszcza takiego jednego prezesika, przez którego prawie się porzygałem.

– Dziś nasza firma może powiedzieć, że zrobiła bardzo wiele! Zrobiła bardzo wiele dla innych. Nasze produkty sprawiają, że świat staje się lepszy, ale – tutaj nastąpiła pauza – nie byłoby tego bez was. Każdy z was dokłada cegiełkę, sprawiając, że zbliżamy się do wyznaczonego celu: stania się liderem rynku. Przyznaję, sztormy i burze próbowały zmieść nasz statek, który płynął ku lepszej przyszłości, ale nie poddaliśmy się. Wy się nie poddaliście. Dzięki temu jesteśmy teraz w tym miejscu razem i jako jedna wielka rodzina możemy świętować to dziesięciolecie. Bawmy się zatem i pamiętajcie: sky is the limit!

Bycie na firmowej imprezie jest jednak zawsze dobrze postrzegane przez szefostwo, a poza tym stanowi jedyną szansę, by poznać prawdziwą twarz przełożonego, jeśli tylko nie wylewa za kołnierz. No i dowiesz się przy okazji, które koleżanki z pracy mają na ciebie naprawdę ochotę.

VI. Korpoterminatorki.

Warto jednak wiedzieć, których koleżanek należy unikać. Najgorsze są pizdy na kierowniczych stanowiskach. Nieco uogólniam, bo na wysokich stanowiskach znajdą się też rozsądne babeczki (pracowałem aż z JEDNĄ), ale reszta przypomina wściekłą sukę, która najchętniej zrobiłaby z ciebie szmatę do podłogi.

Taka pizda dzień w dzień zapierdala dla dobra firmy. Jej życie kręci się tylko wokół tego; nie ma męża, chłopaka (a jeśli już, to zdominowanego pizdololo), jej znajomi to niemal wyłącznie ludzie z korporodziny, no ale przynajmniej ma kredyt na mieszkanie i wciąż niezaspokojone ambicje pięcia się na zawodowy szczyt. To w pewnym sensie idealny produkt konsumpcjonistycznego społeczeństwa oraz główny klient psychoterapeutów i psychiatrów.

Korpoterminatorka w walce o przetrwanie stopniowo zatraca atuty, które są (a może pora zastosować już czas przeszły: były?) przypisywane kobietom: wrażliwość, delikatność, empatia i kultura osobista. Tak stopniowo zamienia się w schamiałego mężczyznę. Czując, że jest nietykalna, robi, co jej się żywnie podoba, stając się karykaturą kobiety – jej smutnym zaprzeczeniem.

Pamiętam taką jedną pizdę imieniem Ewa, którą po raz ostatni ktoś zaliczył chyba w czasach liceum, bo od samego początku trudno było z nią wytrzymać. „Oddaj mi ten projekt za godzinę” – powiedziała mi pierwszego dnia wspólnej pracy.

Wiedziała, że realizacja projektu zajmie co najmniej dwie godziny, ale zależało jej, by pokazać, że jest wielką szefową, bardzo srogą, bardzo wymagającą, bardziej niż każda inna pizda w korporodzinie. Że jest największą pizdą ze wszystkich pizd.

Nie zapomnę, jak pewnego razu szefowa-pizda, która była nad nią w korporacyjnej hierarchii, powiedziała na koniec dnia: „Brawo, Ewa, wreszcie kompozycja graficzna jest taka jak trzeba”.

Ewa rozpromieniła się. Była z siebie dumna. Zapomniała, że po raz pierwszy nie dokonała żadnych zmian w moim projekcie.

Jak się później okazało, Ewa mocno podkoloryzowała swoje CV, ale z racji tego, że bardzo dobrze dogadywała się z szefową-pizdą i tworzyła otoczkę wiecznie zapracowanej męczennicy walczącej o dobro firmy (co często wyglądało żenująco, ale korporacje uwielbiają kicz), wciąż pozostawała na stanowisku.

Tymczasem mnie i moim kolegom było coraz trudniej z nią wytrzymać. Uznaliśmy zgodnie, że przypomina kleszcza, pasożytując na naszej wiedzy i kompetencjach, nie dając nic w zamian i traktując nas jak podnóżki. A że moi koledzy mieli jaja, co jest niezwykle rzadkie w korporacjach, postanowiliśmy, że pora już odprawić przybłędę do domu.

Ale za Ewą stała szefowa-pizda. Konieczne było więc uczynienie z Ewy wroga szefowej-pizdy, a największym wrogiem szefowej-pizdy będzie zawsze osoba, która mogłaby wskoczyć na jej stanowisko, o które walczyła jak hiena o ostatni kawałek padliny.

Chodziło przede wszystkim o zachwalanie przez nas Ewy; mówienie, jak wspaniale sobie radzi i że jeszcze nigdy dotychczas nie pracowaliśmy z kimś tak kompetentnym. Oczywiście, trzeba było to robić z wyczuciem.

Dało się z czasem odczuć, że stosunki między szefową-pizdą a Ewą stały się o wiele bardziej chłodne – wcześniej razem żartowały, a nawet wychodziły na kawusie, ale po pewnym czasie ich relacja ograniczyła się tylko do omawiania kluczowych spraw służbowych. My tymczasem nie ustawaliśmy w trudach, wiedząc, że balonik niedługo pęknie, i dalej zachwalaliśmy Ewę.

Ewa zniknęła z biura już po niespełna miesiącu.

Zwalnianie pracownika, gdy akurat pozostali członkowie zespołu są nieobecni lub przerzucanie zwolnionego na pracę zdalną, tak żeby zgniłe jajo nie roznosiło smrodu, to częste przypadki w korporodzinach. Ewa nie była wyjątkiem.

VII. Podupadanie na zdrowiu.

Całe to korporacyjne piekło prowadzi nie tylko do utraty siebie jako człowieka, ale i podupadania na zdrowiu, nie tylko psychicznym.

Siedzisz przylepiony do swojego biureczka, na biureczku stoi jakaś ozdoba, którą przyniosłeś z domu, żeby czuć się choć trochę normalnie, obok siedzą koledzy i koleżanki, jedno przy drugim, jak kury w kurniku. Nie podrapiesz się nawet po jajach, bo zaraz ktoś zobaczy.

Robisz swoje, ale w tle słyszysz albo muzykę puszczaną przez niespełnionego didżeja, albo trajkotki paplające o swoich chłopakach, Instagramie, Ewie Chodakowskiej. Siedzisz więc w tym kurniku, a zewsząd otacza cię jazgot. Jazgot nowoczesnego open space’u. Twoim największym sprzymierzeńcem stają się nauszniki ochronne przeznaczone do pracy na budowie lub lotnisku.

Innym razem trafiasz do firmy, gdzie praca jest tak wyżyłowana, że nic nie słyszysz – ani muzyki, ani rozmów – bo wszyscy pędzą ze swoimi zadaniami jak te chomiczki.

Zrobione, skok do łazienki, łyk wody, kanapka w jedną łapę, druga na klawiaturze i kolejne zadanie. Później kolejne i kolejne i kolejne i kolejne. Kęs batonika leżącego na biurku, łyk coli. Skok do łazienki. Jedna przerwa w ciągu dnia – mniej więcej pięciominutowa – tylko dla najszybszych.

Jeśli zrobisz sobie dłuższy urlop, wszyscy raptem zauważą, że wyglądasz młodziej, ładniej, szczuplej. Człowiek, który jeszcze kilka lat temu miał atrakcyjną sylwetkę, dziś dzięki korporacji często przypomina baleron. Siada też kręgosłup, marnieje wzrok.

Czy korporodzinę obchodzi twoje zdrowie? Nie. Szkoda tylko, że nikt nigdy nie dobierze się tym skurwysynom w marynarkach do skóry. Taki stan rzeczy będzie trwał, dopóki ludzie będą pozwalać, by robiono z nimi wszystko.

Piotr Burakowski
Napisane w pociągu relacji Warszawa-Włocławek (osiągając stan, jaki Ryszard Kapuściński nazywał „falą”, przez który niemal przegapiłem peron), w tymże Włocławku na cholernie zimnym dworcu i – już ciepłej – stacji paliw, gdzie spotkałem poczciwego wariata, wklepującego znane tylko sobie teksty na niedziałającym laptopie, oraz w malowniczych, choć śmiertelnie nudnych Baranach; grudzień 2020.

Grafika: „Korporacja”


Zapisz się do newslettera i otrzymuj powiadomienia o nowych opowiadaniach. Otrzymasz e-maila zawsze, gdy na stronie pojawi się nowa historia.