(Nowela „Przegrany” będzie częścią książki o samotności, nad którą pracuję).
Siedziałem na kanapie i piłem whisky, obserwując około trzydziestoletnią tancerkę w czerwonych stringach i czerwonym staniku oraz czarnych butach na obcasie, która przechadzała się od jednej rury do drugiej. Chwytała rękoma każdą z nich i kręciła się wokół, a następnie uginała nogi i kucała, uwydatniając opalony tyłek.
Gdy tak obserwowałem tancerkę, przysiadł się do mnie nieznajomy. Mógł mieć około trzydziestu trzech, może trzydziestu pięciu lat. Miał lekko nalaną twarz i łysą głowę, a w dodatku był niski. Choć nosił elegancką niebieską koszulę, był kolejnym nieatrakcyjnym mężczyzną w miejscu pełnym seksownych, półnagich, a czasem, już przy odpowiedniej zachęcie finansowej, zupełnie nagich kobiet. Przedstawił się jako Grzegorz. Zapytał mnie, czy jestem tu po raz pierwszy, zupełnie jakby był tancerką powtarzającą oklepane formułki, a ja odpowiedziałem, że nie, że już tu byłem. Powiedział, że wpada do takich lokali, kiedy ma już po dziurki w nosie linijek kodu; okazało się, że jest programistą. Ja z kolei byłem zwykłym urzędasem, który zarabiał pewnie jedną piątą tego, co on.
Rozmowa szybko zeszła na temat podróży. Grzegorz ledwie pochwalił mi się, że był niedawno na Zanzibarze, gdy podeszła do nas młodziutka brunetka o długich, lekko kręconych włosach. Czarne stringi i czarny stanik uzupełniały pończochy w tym samym kolorze. Była najzgrabniejszą i najładniejszą dziewczyną ze wszystkich, które widziałem dziś w klubie. Najbardziej ze wszystkiego podobał mi się jej tyłek; nie był duży, a to duże tyłki lubię najbardziej, raczej normalny, ale za to krągły i wypukły. Wrażenie potęgowała brązowa, opalona skóra.
Mała, biorąc nas za dobrych kumpli, którzy przyszli razem do klubu, przysiadła się i przedstawiła jako Iza, choć niemal na pewno nie było to jej prawdziwe imię; striptizerki rzadko posługiwały się w takich miejscach autentycznymi imionami. Dziewczyna wnet wyczuła, że programista będzie bardziej skłonny niż ja do rozpierdolenia forsy; w jego wyglądzie i zachowaniu zbyt wiele rzeczy mówiło, jak bardzo jest zdesperowany. Klub go-go zapewniał mu niemal wszystko to, czego nie otrzymywał na co dzień: uwagę atrakcyjnych kobiet, które słuchały tego, co ma do powiedzenia, dostęp do ich ciał – wprawdzie połowiczny, bo ograniczający się tylko do dotyku, ale to i tak dużo – oraz komplementy pod swoim adresem. Był inteligentnym, wciąż młodym mężczyzną, ale ulegał niespełnionej chuci i pozorom zainteresowania, a jego ego wołało o odrobinę pokrzepienia. Odsunąłem się nieco od Izy i Grzegorza, skupiwszy uwagę na rudowłosej tancerce, która uznała, że lepsze od kręcenia się wokół rury będzie przyjęcie pozycji na czworaka, wypięcie tyłka, a następnie rytmiczne nim potrząsanie. Ale i tak, chcąc nie chcąc, usłyszałem, jak Grzegorz opowiada z zapałem Izie o inwestowaniu w złoto. (W klubach go-go muzyka nie jest zbyt głośna – musi pozwalać na prowadzenie swobodnej rozmowy). Iza kiwała głową, dzielnie udając zainteresowanie.
Po upływie około kwadransa Grzegorz i Iza postanowili, że udadzą się do tak zwanego pokoju prywatnego. Kiedy dziewczyna prowadziła Grzegorza za rękę, na jego twarzy wykwitł wielki, idiotyczny banan. Wyobrażał sobie zapewne, że w tym pokoju dojdzie do czegoś więcej, tymczasem tancerka ściągnie co najwyżej przed nim stringi i pokaże mu cipkę, której nie będzie mógł nawet tknąć palcem. Ale za bycie sam na sam z dziewczyną wybuli konkretne pieniądze.
Zostałem więc sam, ale nie miałem ochoty, by ktokolwiek do mnie podchodził. Rozumiałem swoje położenie. Po wypadku na motocyklu przed dwoma laty spadłem do co najwyżej trzeciej ligi mężczyzn, których kobiety wybierają tylko, gdy nie mają lepszej opcji. Utykałem na lewą nogę i przekrzywiła mi się lekko twarz, tak że jej prawa część była nieco wyższa od lewej. Przychodząc do klubu go-go, zaspokajałem potrzebę podziwiania seksownych kobiet, ale wiedziałem, że żadna z nich nie jest mną zainteresowana. Odpuszczałem więc sobie taniec macaniec (tancerka, otrzymawszy zwykle sto złotych, siada na mężczyźnie okrakiem lub stoi przed nim, wykonując kocie ruchy; klient ma prawo macać dziewczynę, choć cipka jest strefą zakazaną), a tym bardziej rozmowy. Bywało, że miałem na to wszystko ochotę, ale szybko dopuszczałem do siebie głos rozsądku, zresztą nigdy nie zarabiałem dużo, a nawet rozmowa, jeśli chcesz, by była dłuższa, wymaga postawienia tancerce drinka. Może to, że tylko siedziałem i piłem nie wyglądało najlepiej, ale zapłaciłem za bilet wstępu, więc miałem do tego cholerne prawo.
Będąc w klubie go-go, często mimochodem wracałem wspomnieniami do okresu sprzed wypadku. Przypominałem sobie wszystkie dziewczyny, z którymi byłem, to, jak za mną latały, a mnie nic to nie kosztowało. Wystarczyło, że byłem bardzo przystojny i zdrowy – bez przekrzywionej twarzy i chorej nogi. Znałem mężczyzn, którzy reprezentowali sobą wszystko, co najlepsze. Byli inteligentni, mieli poczucie humoru, ambicję i, przede wszystkim, zachowywali się przyzwoicie. Problem w tym, że wyglądali mocno przeciętnie albo po prostu brzydko. Nie ważne, jak wiele by potrafili i jak bardzo byliby szlachetni, dziewczyny omijały ich szerokim łukiem albo, co najwyżej, pozwalały im na koleżeńską relację. Ale gdy spotykały przystojniaka, momentalnie traciły dla niego głowę, niezależnie od tego, czy był to ostatni kretyn, cham, prostak lub nerwus, który pewnego dnia w napadzie agresji strąci im łeb.
Pamiętam, jak przed dwoma tygodniami czekałem w kolejce do kasy samoobsługowej w hipermarkecie, obserwując filigranową blondynkę o kocim pyszczku, jak wyjmuje po kolei z koszyka produkty i kasuje jeden po drugim. Gdy tak pochylała się nad pełnym koszykiem, co trwało prawie dziesięć minut, jej partner – wysoki brunet z zarostem i tatuażami na ramionach – tylko stał i się gapił. Dziewczyna sprawiała wrażenie bardzo zadowolonej z faktu, że wszystko robi sama. Wychodziłem razem z tą parą ze sklepu, widząc, jak blondynka, wciąż z uśmiechem na twarzy, dźwiga torbę z zakupami. Kiedy para stanęła przed samochodem, mężczyzna, z trudnego do odgadnięcia powodu, zaczął krzyczeć na blondynkę, a po chwili ją spoliczkował. I nie był to jedyny tego typu przypadek, który widziałem – przynajmniej w kwestii stania i gapienia się, jak twoja kobieta bawi się w kasjerkę.
Co pewien czas podchodziły do mnie kolejne tancerki. Tłumaczyłem im grzecznie, że nie jestem zainteresowany jakąkolwiek rozmową. (Wszystko w klubach go-go zaczyna się od small talku, a następnie pada propozycja tańca bądź, przedłużającego dotychczasową gadkę, drinka). Nie wiem, czy było mi łatwiej od Grzegorza, który wciąż żył złudzeniami, czy też trudniej. Grzegorz nie pojawił się już więcej na sali, choć Iza była obecna, zabawiając nowo przybyłych, i to zabawiając jak rasowa suka.
Pod koniec zamknięcia lokalu przeniosłem się na inną kanapę; nieco dalej siedziała Iza i przystojny młody mężczyzna w marynarce, dla którego jeszcze niedawno tańczyła. Usłyszałem, jak Iza mu opowiada: „Wzięłam do pokoju prywatnego takiego jednego programistę. Tańczę dla niego, a ten nagle zdejmuje spodnie i wyjmuje kutasa. Krzyczę, żeby natychmiast się ubrał, bo to nie burdel. Tamten, spanikowany, ubiera się, a później przeprasza i mówi, że od kilku lat jest w przymusowym celibacie. Tak powiedział: przymusowym celibacie. Co za kretyn, rozumiesz, przyznał się, że od lat nie miał żadnej dziewczyny”.
To mi było jednak łatwiej.
Piotr Burakowski
Warszawa, 2022
Grafika: Nandan / PixaHive
Zapisz się do newslettera i otrzymuj powiadomienia o nowych opowiadaniach. Otrzymasz e-maila zawsze, gdy na stronie pojawi się nowa historia.

Dodaj komentarz